Jak niektórzy wiedzą, bardzo ważna dla nas:)
6 lat temu było spaghetti.
Rok temu było sushi.
A dzisiaj?
A dzisiaj była produkcja klusek do rosołu!
Monika, chcesz przepis?:D
czwartek, 6 stycznia 2011
środa, 5 stycznia 2011
piszę
Piszecie "no pisz! dlaczego nie piszesz?". No nie piszę, bo nie mam o czym:) Sprzątanie, pranie, gotowanie...nuda. Ale skoro bardzo chcecie, to proszę.
Dzisiaj na obiad było mięso pieczone z warzywami
a na kolację, drożdżówki z makiem
No i tyle. Serio:)
Poza tym, że tęsknimy za "normalnością". Już wszyscy.
Nie będę smucić.
Dzisiaj na obiad było mięso pieczone z warzywami
a na kolację, drożdżówki z makiem
No i tyle. Serio:)
Poza tym, że tęsknimy za "normalnością". Już wszyscy.
Nie będę smucić.
piątek, 31 grudnia 2010
Ostatni dzień roku
Zrobiłam to zdjęcie w momencie, kiedy w Polsce strzelały korki od szampanów.
A my bujaliśmy się na huśtawkach i z wysokiego wzgórza patrzyliśmy w słońce wiszące nad Seattle.
Takiego słońca życzę Wam wszystkim.
W sercach i na niebie.
Przez cały kolejny, lepszy rok.
wtorek, 28 grudnia 2010
W poszukiwaniu "naszych" miejsc
Próbujemy oswoić to miasto.
Zaczęliśmy od lodziarni, w której mieliby prawdziwe sorbety.
Znaleźliśmy.
To były chyba najlepsze sorbety truskawkowe, cytrynowe i malinowe jakie do tej pory jedliśmy.
A myśleliśmy, że w tym względzie, nic nie pobije Malinovej.
Niestety nie można mieć wszystkiego na raz, bo kawa była prawdziwie paskudna.
Chociaż, chyba żadna kawa nie pobije swoją paskudnością kawy ze Starbucksa:)
Najsłynniejszego produktu tego miasta, zaraz po Kurcie Cobainie.
Zaczęliśmy od lodziarni, w której mieliby prawdziwe sorbety.
Znaleźliśmy.
To były chyba najlepsze sorbety truskawkowe, cytrynowe i malinowe jakie do tej pory jedliśmy.
A myśleliśmy, że w tym względzie, nic nie pobije Malinovej.
Niestety nie można mieć wszystkiego na raz, bo kawa była prawdziwie paskudna.
Chociaż, chyba żadna kawa nie pobije swoją paskudnością kawy ze Starbucksa:)
Najsłynniejszego produktu tego miasta, zaraz po Kurcie Cobainie.
niedziela, 26 grudnia 2010
Wigilia
Nie spodziewaliśmy się cudu wesołych świąt. Dzięki czemu, nie rozczarowaliśmy się.
Polską Wigilię umyślnie przespaliśmy.
Chcieliśmy uniknąć zerkania na zegarek i myśli "o, dzielą się opłatkiem", "o, zaczynają się dobierać do karpia w galarecie", "o, pewnie już makowce i prezenty". Prawie się udało. Prawie, bo kiedy wyszłam rano spod prysznica, spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że właśnie są przy makowcu i strucli orzechowej. I że na pewno brakuje im mojego sernika:)
W wigilijny ranek, nie mieliśmy absolutnie niczego co przypominałoby święta. Ani choinki, ani porządku, ani dwunastu dań. Mieliśmy za to upolowane dzień wcześniej w sklepie polskim: mak w puszce, barszcz w kartonie, ogórki kiszone w słoiku, bulion grzybowy w kostce, żur w butelce, kiełbasę, kabanosy, ptasie mleczko i parę innych produktów luksusowych jak np. Grzaniec Galicyjski i Prince Polo.( o tym polskim sklepie napiszę innym razem)
Menu na wieczór było powalające. Krewetki w tempurze, pierogi z kapustą i barszcz. Na słodko, ciasto czekoladowe. No mówiłam, że powalające:) Krewetki miały zastąpić karpia, pierogi i barszcz całą resztę. Poza tym kruche ciastka maślane i pierniczki, czyli radocha z wycinania i pieczenia dla dziewczyn.
Zaczęłam od wbijania goździków w pomarańcze i robienia mandarynkowych lampionów. Potem zabrałam się, już w lekkim amoku, za ciasto czekoladowe, kapustę do pierogów, ciasto na pierniczki i maślane. Marcin z dziewczynami ogarniali dom, co szło ciut lepiej niż zazwyczaj, bo w końcu wisiało nad nami niebezpieczeństwo, że nie będzie gdzie postawić choinki. No a jak nie będzie choinki, to i Aniołek prezentów nie podrzuci. Nie było wyjścia.
O 14.00 wyskoczyliśmy po choinkę, jakieś 300 metrów od domu. Chłopak miał zagrodę z drzewkami i był chyba trochę zdziwiony, że ktoś jeszcze chce kupić choinkę na dzień przed Christmas Day. Poznaliśmy nowy typ handlu. Antynachalny:) Zapytaliśmy go o stojaki. Miał, ale od razu dodał "Słuchajcie, kupiłem je po 20$, ale sprzedaję po 40$. Wiec jeśli go nie chcecie, to oczywiście rozumiem". Nie znam się na psychologii sprzedaży, ale chyba działa, bo kupiliśmy ten stojak z przyjemnością :).Choinki miał niesamowite. Każde drzewko wysokie, symetryczne, gęste. No przepiękne. Dziewczyny biegały po stosach igieł i nie mogły się zdecydować. Miał dwa rodzaje drzewek: cięte 3 tygodnie wcześniej i świeże, sprzed kilku dni. No uroczy był ten człowiek:) Wybraliśmy świeże! Chyba nigdy nie miałam tak ślicznej choinki. Gdyby to zależało ode mnie, nie ubierałabym jej, bo aż szkoda było zasłaniać jej urodę. No sami zobaczcie.
A tu już podczas procesu psucia jej ;)
Bardzo późno usiedliśmy do Wigilii, bo dopiero o 17.00 doszłam do lepienia pierogów. Kiedy się gotowały, smażyłam krewetki i wałkowałam ostatnie pierniki. Nie nie, nie ominął mnie świąteczny obłęd:) W tym temacie, zadbałam o tradycję.
Pola pożarła prawie wszystkie krewetki zanim zdążyliśmy dojść do stołu. Za to nie tknęła barszczu i pierogów. Nie nadążam za nią. Dla odmiany, Zoja najadła się pierogów po korek. I nawet pół szklanki barszczu wypiła. O, zrobiłam im zdjęcia z opłatkiem. Poli nie smakował:)
Na szczęście, ciacho pożarły obie. Z dokładką!
Przez całą Wigilię, kopaliśmy się z Marcinem pod stołem, zdziwieni, że dziewczyny nie pytają o prezenty. Zapomniały. To ciasto i pierniczki było tym, na co czekały najbardziej. Kiedy poszły na górę wypatrywać pierwszej gwiazdki, Anioł podrzucił paczki pod choinkę. Po zejściu, przez parę dobrych minut nawet nie zauważyły kolorowych pakunków. Zdecydowanie, z prezentami wygrały kruche maślane i pierniczki.
Mamy dziwne dzieci:)
Dzisiaj, po prawie świątecznym śniadaniu, poszliśmy na spacer po okolicy. Aż wstyd się przyznać, ale pierwszy. I okazało się, że mieszamy w przepięknym miejscu. A 50 metrów od naszego domu jest malowniczy park, gdzie mieszkają szare wiewiórki. Mamy plan! Będziemy je oswajać orzechami. Dlaczego mają być gorsze od tych w Łazienkach Królewskich?
Mój Aniołek prezentowy, trochę się rozchorował na Święta i paczki nie dotarły. Ale obiecuję, że niedługo będę wstawiała trochę przyzwoitsze zdjęcia niż te dzisiejsze.
Bardzo dziękujemy za świąteczne maile, telefony, kartki i wzruszające życzenia!
poniedziałek, 20 grudnia 2010
21-22 listopada 2010
Dzisiaj retro.
Nie o mieście na S, ale muszę.
Cztery tygodnie temu, przeżyliśmy dzień i noc totalnego obłędu.
Ostatnie kilkanaście godzin przed wyjazdem, na ogarnięcie ostatniego pakowania, zbierania się, załatwiania rzeczy które zostały na koniec. Dla nas, niezapomniane kilkanaście godzin. Dzięki Wam. Była to jedna z najważniejszych nocy w naszym życiu. I nie ze względu na to, że ostatnia przed wielką przygodą, ale dlatego że tak spontanicznie i licznie przyszliście do nas, żeby pobyć razem jeszcze parę godzin. Pobyć z nami w tym mega bajzlu, syfie, ciasnocie i panice:) Właśnie policzyłam, że przewinęło się tego wieczoru i nocy 18 osób! Nie zliczę już Waszych wszystkich zasług, ale to na pewno dzięki Wam coś tego dnia jedliśmy, Marcin miał pierwszy raz w życiu skarpetki dobrane parami, mieliśmy ekonomicznie popakowane walizki, bieliznę strategicznie upchniętą w kalosze, kartony poowijane w folię jak jeszcze nikt nigdy na Okęciu nie widział, bagaże zważone z niemalże szwajcarską precyzją, upoważnienia fachowo napisane, alkohole z barku nareszcie prawie wszystkie wypite...mogłabym tak wymieniać do rana. My sami byliśmy lekko nieprzytomni z tego pośpiechu i słabe z nas było towarzystwo do imprezy, ale mamy nadzieję, że nam wybaczyliście. Ja mam wręcz jakieś luki w pamięci i problemy z przypomnieniem szczegółów. Ale i tak było wesoło, prawda?:) Mimo tych litrów łez wylanych przy ostatnich uściskach. Dziękujemy Wam za pomoc, przyjaźń i tyle wzruszenia. Za to, że wytrwaliście z nami do samego rana. No i za pomachanie nam o 6.00 rano na Okęciu;) Z trudem to piszę, bo ryczę tak, że liter na klawiaturze nie widzę.
Jesteście niesamowici !
Nawet jeśli nam tu nie będzie za dobrze, to dla samego tego wieczoru i nocy, warto było wyjeżdżać.
... tęsknimy.
Nie o mieście na S, ale muszę.
Cztery tygodnie temu, przeżyliśmy dzień i noc totalnego obłędu.
Ostatnie kilkanaście godzin przed wyjazdem, na ogarnięcie ostatniego pakowania, zbierania się, załatwiania rzeczy które zostały na koniec. Dla nas, niezapomniane kilkanaście godzin. Dzięki Wam. Była to jedna z najważniejszych nocy w naszym życiu. I nie ze względu na to, że ostatnia przed wielką przygodą, ale dlatego że tak spontanicznie i licznie przyszliście do nas, żeby pobyć razem jeszcze parę godzin. Pobyć z nami w tym mega bajzlu, syfie, ciasnocie i panice:) Właśnie policzyłam, że przewinęło się tego wieczoru i nocy 18 osób! Nie zliczę już Waszych wszystkich zasług, ale to na pewno dzięki Wam coś tego dnia jedliśmy, Marcin miał pierwszy raz w życiu skarpetki dobrane parami, mieliśmy ekonomicznie popakowane walizki, bieliznę strategicznie upchniętą w kalosze, kartony poowijane w folię jak jeszcze nikt nigdy na Okęciu nie widział, bagaże zważone z niemalże szwajcarską precyzją, upoważnienia fachowo napisane, alkohole z barku nareszcie prawie wszystkie wypite...mogłabym tak wymieniać do rana. My sami byliśmy lekko nieprzytomni z tego pośpiechu i słabe z nas było towarzystwo do imprezy, ale mamy nadzieję, że nam wybaczyliście. Ja mam wręcz jakieś luki w pamięci i problemy z przypomnieniem szczegółów. Ale i tak było wesoło, prawda?:) Mimo tych litrów łez wylanych przy ostatnich uściskach. Dziękujemy Wam za pomoc, przyjaźń i tyle wzruszenia. Za to, że wytrwaliście z nami do samego rana. No i za pomachanie nam o 6.00 rano na Okęciu;) Z trudem to piszę, bo ryczę tak, że liter na klawiaturze nie widzę.
Jesteście niesamowici !
Nawet jeśli nam tu nie będzie za dobrze, to dla samego tego wieczoru i nocy, warto było wyjeżdżać.
... tęsknimy.
piątek, 17 grudnia 2010
jak mnie przerósł vacuum cleaner
Żeby nie było zawsze tak malinowo, to napiszę o wczorajszym kryzysie.
Trzeba kupić odkurzacz.
Marcin rano pojechał do Twin Peaks, a my, po muffinowym śniadaniu, jedziemy na miasto szukać odkurzacza.
Wsiadamy do samochodu. Paliwo się kończy. Nawet bardzo się kończy. Szukam na GPSie najbliższej stacji. Jest. Prawie za rogiem. Niestety pierwsza sugerowana ulica jest zamknięta, druga remontowana, trzecia jednokierunkowa. Objeżdżam pół Capitol Hill, żeby jednak tam trafić. Na oparach, dojeżdżamy od drugiej strony. Stacji nie ma. Dziura w ziemii. Szukam drugiej. Prawie za rogiem. Znowu zamknięta ulica. Zaciskam zęby, żeby nie kląć przy lalkach. Auto już ledwo ciągnie. W końcu dojeżdżamy. Uff. Samoobsługa na kartę. Wkładam kartę. Moja karta się nie podoba. Próbuję jeszcze raz. To samo. Tłumaczę dziewczynom, że muszą chwilę poczekać i idę na stację. Przy drzwiach bankomat. Ach, cudownie! Wyjmę gotówkę, bo w kasie moja karta też by pewnie nie działała. Dochodzę już prawie do końca transakcji i zonk! Znowu się nie podoba. Idę więc do Hindusa za ladą i czarując w myślach terminal wręczam mu kartę. Przy trzeciej próbie zaskoczyło. Mam paragon! No nie wierzę. Biegnę w podskokach do samochodu, pukam dziewczynom w szybę, macham rozradowana paragonem, one cieszą się ze mną. Wyjmuję pistolet z maszyny i czekam na wyzerowanie się licznika. Nic. Cały czas widzę 27.80$. Odwieszam, zdejmuję, czekam. 27.80$. Wracam do Hindusa i mówię, że nie umiem obsłużyć. Dontkraj! Dontkraj! Przecież ja nie kraj. Ja tylko mówię, że nie umiem. Tłumaczy mi coś po....chyba po angielsku. Nie rozumiem, ale wracam do dystrybutora w nadziei, że mnie oświeci. Macam to stare brudne pudło ze wszystkich stron, naciskam co się da. Nadal 27.80$. Przybiega Hindus (alleluja!) i podnosi jakiś dynks pod pistoletem. Nareeeeszcie 00.00$. Wlewam, wsiadam i już się dziwię, że samochód odpala, bo teraz przecież powinien siąść akumulator.
Ok. Możemy jechać po odkurzacz.
Wrzucam na GPS sklepy Best Buy, bo tam podobno są odkurzacze. Zresztą sama na stronie widziałam, jaki mają wybór. Do najbliższego 8.5 km. Super! Jedziemy!
Z autostrady zjeżdżamy w jakieś nieznane mi jeszcze rejony. Im dalej, tym straszniej. Rozwalające się domy, dziwni ludzie. Ale nic. Jedziemy. Jesteśmy blisko, jeszcze 2km. Kończy się ulica. Ups. GPS przelicza i prowadzi inną drogą. Jest naprawdę dziwnie. Jeszcze nie widziałam takiej dzielnicy, gdzie na ulicy nie byłoby ani jednego białego. Dziewczyny zaczynają jęczeć, że głodne. No ale właśnie jesteśmy na miejscu. Tu, po lewej stronie, powinien być Best Buy. Dupa. Nie ma. Jakiś wielki barak z oknami zabitymi dechami, a pod nim stragan z warzywami. Siku! Kupa! Kce do domu! Zjeżdżam na jakiś parking żeby ochłonąć. Akurat dzwoni Marcin. Mówi, że w Bellevue na pewno jest czynny Best Buy. Już nie wierzę, że dzisiaj coś się uda, ale jedziemy. Za 12 km jesteśmy na wielkim parkingu. Z jednej strony Best Buy, z drugiej Home Depot. To lecimy szybko, bo zaczęło lać. Wpadamy zmoknięte. O, Media Markt, jak swojsko:) Z daleka widzę dział z AGD. Przyspieszamy, bo coraz bardziej pragniemy już mieć ten odkurzacz i wrócić do domu. Ale oszałamiający wybór! Są dwa. No aż sama nie wiem który wybrać. Wrrrrr.... Dzwonię do Marcina i prawie płaczę w słuchawkę. "Chłopakiiii, gdzie się w Seattle kupuje odkurzacze?". Słyszę w słuchawce jak "chłopaki" mówią, że w Home Depot powinny być. Dobrze się składa, bo to po drugiej stronie parkingu. Sikuuuu! Jakie szczęście, że tu w każdym sklepie są toalety. Wychodząc już, rozglądam się za bankomatem, bo nie mam gotówki, moja karta rzadko działa, a Marcina kartą nie zaplacę, bo tutaj to się zawsze kończy spotkaniem z Policją. Nie ma bankomatu. No ale na pewno jest w Home Depot. Dziewczyny już jęczą okrutnie. Ale mobilizuję je wizją odkurzacza, który przybliży nas do domu i jedzenia. Znowu przemoczone, wchodzimy do HD. O, Obi, jak swojsko:) Przy wejściu pytam od razu o bankomat. Niestety nie wiem jak jest bankomat po angielsku, więc próbuję różnych słów, opisuję. Dziewczyna w końcu się rozpromienia, bo zrozumiała czego szukam. Dział nr 16! Acha, pewnie na wysokości działu 16 będzie bankomat. Ok, idziemy. Na dziale nr 16 są....kasy pancerne. A to się dogadałyśmy. Znowu pytam o bankomat. Odkurzaczy jeszcze nie szukam, bo co mi po odkurzaczu jak ja kasy nie mam. Kupaaaa!!! Kupa nie teraz, bo pani własnie pyta piątą osobę o bankomat. Może w Best Buy. Nie proszę pani, tam już byłam i nie ma. Wysoki blondyn mówi że może jest na rogu, po drugiej stronie parkingu. Jakieś 600 metrów. Nie nie nie! Nie pójdę, nie mam siły, dziewczyny wyją, leje. Ale idziemy zobaczyć czy są odkurzacze. Nie ma. Może i lepiej. Za to są narzędzia. A nuż uda mi się zapłacić moją kartą? Biorę młotek, zestaw śrubokrętów i kombinerki. Sikuuuu! Idziemy siku. A raczej ja idę i ciągnę za kaptury nieżywe już lalki. W toalecie Pola się rozpędza, odwraca i bach głową w umywalkę. Krew się nie leje. Ale moje łzy się zaraz poleją. Przeciskamy się do kasy, gęsiego, między półką a drabiną. Straszy pan patrzy na lalki i z mocno zamerykanizowanym akcentem mówi po polsku "posłuszne dzieci". Nawet nie mam siły się uśmiechnąć. Przecież jak nic, zaraz mi ten młotek spadnie na nogę. Udało się kupić narzędzia. Zapinam dziewczynom kurtki i biegniemy w deszczu przez parking. Wrzucając zakupy do bagaznika, śrubokręty przebijają torebkę i wpadają mi pod samochód. Zaglądam. No żeszzzzzz!!!! Leżą daleko, prawie w połowie samochodu. Juz mi k.... wszystko jedno. Klękam na mokrym asfalcie i na czworaka wyciągam je z kałuży.
Jutro znowu jedziemy po odkurzacz...
Trzeba kupić odkurzacz.
Marcin rano pojechał do Twin Peaks, a my, po muffinowym śniadaniu, jedziemy na miasto szukać odkurzacza.
Wsiadamy do samochodu. Paliwo się kończy. Nawet bardzo się kończy. Szukam na GPSie najbliższej stacji. Jest. Prawie za rogiem. Niestety pierwsza sugerowana ulica jest zamknięta, druga remontowana, trzecia jednokierunkowa. Objeżdżam pół Capitol Hill, żeby jednak tam trafić. Na oparach, dojeżdżamy od drugiej strony. Stacji nie ma. Dziura w ziemii. Szukam drugiej. Prawie za rogiem. Znowu zamknięta ulica. Zaciskam zęby, żeby nie kląć przy lalkach. Auto już ledwo ciągnie. W końcu dojeżdżamy. Uff. Samoobsługa na kartę. Wkładam kartę. Moja karta się nie podoba. Próbuję jeszcze raz. To samo. Tłumaczę dziewczynom, że muszą chwilę poczekać i idę na stację. Przy drzwiach bankomat. Ach, cudownie! Wyjmę gotówkę, bo w kasie moja karta też by pewnie nie działała. Dochodzę już prawie do końca transakcji i zonk! Znowu się nie podoba. Idę więc do Hindusa za ladą i czarując w myślach terminal wręczam mu kartę. Przy trzeciej próbie zaskoczyło. Mam paragon! No nie wierzę. Biegnę w podskokach do samochodu, pukam dziewczynom w szybę, macham rozradowana paragonem, one cieszą się ze mną. Wyjmuję pistolet z maszyny i czekam na wyzerowanie się licznika. Nic. Cały czas widzę 27.80$. Odwieszam, zdejmuję, czekam. 27.80$. Wracam do Hindusa i mówię, że nie umiem obsłużyć. Dontkraj! Dontkraj! Przecież ja nie kraj. Ja tylko mówię, że nie umiem. Tłumaczy mi coś po....chyba po angielsku. Nie rozumiem, ale wracam do dystrybutora w nadziei, że mnie oświeci. Macam to stare brudne pudło ze wszystkich stron, naciskam co się da. Nadal 27.80$. Przybiega Hindus (alleluja!) i podnosi jakiś dynks pod pistoletem. Nareeeeszcie 00.00$. Wlewam, wsiadam i już się dziwię, że samochód odpala, bo teraz przecież powinien siąść akumulator.
Ok. Możemy jechać po odkurzacz.
Wrzucam na GPS sklepy Best Buy, bo tam podobno są odkurzacze. Zresztą sama na stronie widziałam, jaki mają wybór. Do najbliższego 8.5 km. Super! Jedziemy!
Z autostrady zjeżdżamy w jakieś nieznane mi jeszcze rejony. Im dalej, tym straszniej. Rozwalające się domy, dziwni ludzie. Ale nic. Jedziemy. Jesteśmy blisko, jeszcze 2km. Kończy się ulica. Ups. GPS przelicza i prowadzi inną drogą. Jest naprawdę dziwnie. Jeszcze nie widziałam takiej dzielnicy, gdzie na ulicy nie byłoby ani jednego białego. Dziewczyny zaczynają jęczeć, że głodne. No ale właśnie jesteśmy na miejscu. Tu, po lewej stronie, powinien być Best Buy. Dupa. Nie ma. Jakiś wielki barak z oknami zabitymi dechami, a pod nim stragan z warzywami. Siku! Kupa! Kce do domu! Zjeżdżam na jakiś parking żeby ochłonąć. Akurat dzwoni Marcin. Mówi, że w Bellevue na pewno jest czynny Best Buy. Już nie wierzę, że dzisiaj coś się uda, ale jedziemy. Za 12 km jesteśmy na wielkim parkingu. Z jednej strony Best Buy, z drugiej Home Depot. To lecimy szybko, bo zaczęło lać. Wpadamy zmoknięte. O, Media Markt, jak swojsko:) Z daleka widzę dział z AGD. Przyspieszamy, bo coraz bardziej pragniemy już mieć ten odkurzacz i wrócić do domu. Ale oszałamiający wybór! Są dwa. No aż sama nie wiem który wybrać. Wrrrrr.... Dzwonię do Marcina i prawie płaczę w słuchawkę. "Chłopakiiii, gdzie się w Seattle kupuje odkurzacze?". Słyszę w słuchawce jak "chłopaki" mówią, że w Home Depot powinny być. Dobrze się składa, bo to po drugiej stronie parkingu. Sikuuuu! Jakie szczęście, że tu w każdym sklepie są toalety. Wychodząc już, rozglądam się za bankomatem, bo nie mam gotówki, moja karta rzadko działa, a Marcina kartą nie zaplacę, bo tutaj to się zawsze kończy spotkaniem z Policją. Nie ma bankomatu. No ale na pewno jest w Home Depot. Dziewczyny już jęczą okrutnie. Ale mobilizuję je wizją odkurzacza, który przybliży nas do domu i jedzenia. Znowu przemoczone, wchodzimy do HD. O, Obi, jak swojsko:) Przy wejściu pytam od razu o bankomat. Niestety nie wiem jak jest bankomat po angielsku, więc próbuję różnych słów, opisuję. Dziewczyna w końcu się rozpromienia, bo zrozumiała czego szukam. Dział nr 16! Acha, pewnie na wysokości działu 16 będzie bankomat. Ok, idziemy. Na dziale nr 16 są....kasy pancerne. A to się dogadałyśmy. Znowu pytam o bankomat. Odkurzaczy jeszcze nie szukam, bo co mi po odkurzaczu jak ja kasy nie mam. Kupaaaa!!! Kupa nie teraz, bo pani własnie pyta piątą osobę o bankomat. Może w Best Buy. Nie proszę pani, tam już byłam i nie ma. Wysoki blondyn mówi że może jest na rogu, po drugiej stronie parkingu. Jakieś 600 metrów. Nie nie nie! Nie pójdę, nie mam siły, dziewczyny wyją, leje. Ale idziemy zobaczyć czy są odkurzacze. Nie ma. Może i lepiej. Za to są narzędzia. A nuż uda mi się zapłacić moją kartą? Biorę młotek, zestaw śrubokrętów i kombinerki. Sikuuuu! Idziemy siku. A raczej ja idę i ciągnę za kaptury nieżywe już lalki. W toalecie Pola się rozpędza, odwraca i bach głową w umywalkę. Krew się nie leje. Ale moje łzy się zaraz poleją. Przeciskamy się do kasy, gęsiego, między półką a drabiną. Straszy pan patrzy na lalki i z mocno zamerykanizowanym akcentem mówi po polsku "posłuszne dzieci". Nawet nie mam siły się uśmiechnąć. Przecież jak nic, zaraz mi ten młotek spadnie na nogę. Udało się kupić narzędzia. Zapinam dziewczynom kurtki i biegniemy w deszczu przez parking. Wrzucając zakupy do bagaznika, śrubokręty przebijają torebkę i wpadają mi pod samochód. Zaglądam. No żeszzzzzz!!!! Leżą daleko, prawie w połowie samochodu. Juz mi k.... wszystko jedno. Klękam na mokrym asfalcie i na czworaka wyciągam je z kałuży.
Jutro znowu jedziemy po odkurzacz...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



