środa, 20 kwietnia 2011

Warsztaty pisankowe






























Nawet na Kamczatce bym te jajca wymalowała!:)
Nie ma pisanek malowanych woskiem- nie ma świąt, koniec kropka.

Nie powiem, że było łatwo ze zgromadzeniem sprzętu, ale udało się jakoś. Najwięcej sklepów zaliczyłam w poszukiwaniu płytki na palnik. Na drugim miejscu szpilki z grubymi łebkami i tu niestety sukces połowiczny, bo łebki były tylko plastikowe, a nie szklane. O barwnikach to już nawet nie mówię, bo to kompletnie nie to. Ale jak widać na zdjęciu powyżej, jaja malowane woskiem są!

Pierwszą moją pisankę woskową zrobiłam mając sześć lat. Była granatowa w kolorowe kropki. Mamo, pamiętasz ją?:) Nic dziwnego, że zapach wosku, a dokładnie stopionej stearyny, to dla mnie zapach Wielkanocy. Nawet w Maroku przez parę lat kombinowałyśmy te pisanki. Tam, miały one wyłącznie odcienie fioletu, bo jedyną farbką był ołówek kopiowy. Dosyć długo nasz jajka miały wzory tradycyjne, takie jak ta fioletowa na dole, po środku. Przełomem we wzornictwie było pokazanie woskowej techniki cioci Irence (to ta od lampek mandarynkowych). Tchnęła nowe życie w nasze nudnawe już jajca i z rozmachem godnym jej temperamentu zapoczątkowała mazy, czyli takie czupiury jak na ostatnim dzisiejszym jajku. Potem, z roku na rok przybywało nam wzorków i pomysłów. Moim ostatnim odkryciem jest malowanie białego jajka woskiem o różnych odcieniach brązu, czyli różnym stopniu przypalenia. Daje to taki efekt jak np ta biała w górnym rzędzie...hmmm...chyba jej jutro domaluję coś czarnym już woskiem. Po irenkowych czupiurach, kolejną rewolucję wprowadziła pare lat temu moja siostra, która odkryła że woskiem pszczelim maluje się o niebo lepiej niż stearyną. Oj tak, zupełnie inna jakość kreski:)
Bardzo miło wspominam zeszłoroczne malowanie jajek, do spółki z ulubionym sąsiadem. Bardzo dobrze nam szło na początku, a potem kreseczki coraz krótsze i krzywsze, a kolory jakieś mało przemyślane...poszła butelka Tokaja, oj dobry był:) 

To tyle wspomnień, a teraz technologia, którą tu komuś parę dni temu obiecałam.
Uprzedzam, że opis prostuje zwoje, ale w praktyce jest to naprawdę nieskomplikowane.
Chciałam dla ułatwienia dodać zdjęcia, ale instrukcja obrazkowa jest niepełna, bo malując jajko, zabrakło mi dwóch rąk do trzymania aparatu, sorry:)



Średnią pokrywkę od słoika stawiamy na metalowej płytce na najmniejszym ogniu, żeby wytopić z niej gumę, która jest w środku. Nie ma wybacz, musi śmierdzieć. Jak sie stopi, sczernieje i zabija smrodem palonej opony, zdejmujemy (np widelcem)i wywalamy.
Na gotowej pokrywce roztapiamy kawałki stearyny z białej świeczki, albo lepiej, wosk pszczeli. 
Wosk dłużej trzyma temperaturę, dzięki czemu kreska jest dłuższa, wyraźniejsza i ma się moment dłużej na jej położenie, więc jest staranniejsza. W wosk można się zaopatrzyć u znajomego pszczelarza, lub kupić w sklepie zielarskim świecę z naturalnego wosku (ja kupiłam dzisiaj świecę, bo jeszcze się z żadnym okolicznym pszczelarzem nie zaprzyjaźniłam)


W kredkę/ołówek wbijamy szpilkę ze szklaną dużą główką. Plastikowe łebki topią się w wosku.
Można malować tez metalowym łebkiem, ale kreska jest wtedy cieniutka i mniej efektowna.
Jaja muszą być: surowe, czyste, ciepłe (na jajkach z lodówki wosk się nie trzyma)
Rozrabiamy w szerokich szklankach/słoikach farbki do jaj. Pół szklanki ciepłej wody na jedną-dwie saszetki farbki + łyżka octu.
Wosk musi parować, a końcówka igły być dobrze nagrzana w wosku.
Maczamy szpilkę raz i szybko robimy jedną kreskę/kropkę/ czy co tam sobie wymyśliliśmy. Maczamy znowu i kolejna kreska. I tak pyk-kreska, pyk-kreska, pyk-kreska...
Im cieplejszy wosk i lepiej rozgrzana szpilka, tym dłuższe linie możemy zrobić.

Przed rozpoczęciem, obmyślamy jak ma nasza pisanka wyglądać.
Weźmy np tę moją fioletową w pomarańczowo-białe wzorki.
Najpierw namalowałam połowę rysunku na białym jajku.
Potem włożyłam jajo do pomarańczowej farbki. 
Po zafarbowaniu i wysuszeniu domalowałam resztę wzoru.
Na koniec włożyłam do fioletowej i wyszło co wyszło, czyli fioletowa z biało-brudnym obrazkiem. Wosk ciemnieje z czasem i nie widać kolorów pod nim.
oto etapy powstawania tegoż jaja:


Żeby wydobyć spod ciemnego wosku pomarańczowe kreski, trzeba ten wosk zmazać.
Pisankę przykładamy na moment do płomienia z palnika i szybko zmazujemy wosk papierowym ręcznikiem, fragment po fragmencie, przykładając do ognia co chwila. Trwa parę minut, ale lepsze to niż zdrapywanie pazurem. Poza tym rozcierany na jajku wosk utrwala nam farbki.
Na koniec nadajemy pisance błysk kroplą oliwy.
Pozostaje nam już tylko wydmuchanie jajka, czyli festiwal najgłupszych min w roku.
Marcin próbował mi dzisiaj robić zdjęcie w tych kompromitujących okolicznościach...mam nadzieję, że nikt tego nie obejrzy:)


niedziela, 17 kwietnia 2011

Molly Moon's



Jedno z "naszych" miejsc, parę minut od domu.
Nieduża, lokalna lodziarnia, założona trzy lata temu przez Molly Moon, córkę pary hipisów, pasjonatkę lodów od wczesnej młodości. Jej pies Parker jest twarzą firmy. Może raczej mordą:) 
Wszystko jest tu wyjątkowe. 
Lody są wyrabiane na miejscu, na zapleczu lokalu, do którego drzwi są zawsze otwarte i można podejrzeć jak powstają. Jak na Seattle przystało, składniki są głównie organiczne i wyłącznie lokalne. Mleko pochodzi od szczęśliwych krów niekarmionych hormonem wzrostu, a dodatki zależą od pory roku.
Jest kilka smaków podstawowych, dostępnych przez cały rok, jak vanilla bean, theo chocolate, ginger, maple walnuts i parę innych. Poza klasykami, mają tu też lody o smaku earl gray (pyszne!), honey lavender na który się czaję, cardamon, rosemary meyer lemon...oj dużo tego. Podobno bestsellerem jest smak salted caramel- bardzo słony i bardzo karmelowy! Za każdym razem pytamy czy naprawdę bardzo słony, za każdym razem dziewczyna mówi z uśmiechem "oh yes!" i za każdym razem odkładamy spróbowanie go na następny raz. Ale następnym razem, to już na pewno:) 
Oczywiście nie byłaby to nasza lodziarnia, gdyby nie serwowali sorbetów. Codziennie są do wyboru dwa smaki tego vegan-specjału. Do tej pory trafiliśmy tylko na hibiscus, chocolate raspberry i coconut kiss. Dziewczyny uwielbiają hibiscus i twardo twierdzą, że to są lody malinowe! Niech im będzie. Czekamy na nowe wiosenne smaki.
Co jest też fajne, to to, że sami robią na miejscu wafle. W przerwach pomiędzy kolejnymi klientami, dziewczyna wlewa ciasto do waflownicy, wyjmuje wafle i nawija na specjalne stożki. Pachnie tymi waflami aż na ulicy. Najlepsze jakie jedliśmy.
A teraz zdjęcia z wczorajszego wypadu. W tonacji blue, jak logo:)





a teraz wnuczki dla Babci Wandzi :)


środa, 13 kwietnia 2011

wielkanocny falstart

Pojechałam dzisiaj, pełna nadziei, do polskiego sklepu.
Nadzieja dotyczyła farbek do jaj i nasion rzeżuchy.
Jeszcze nigdy się tam tak nie rozczarowałam. Ani jednego, ani drugiego! Nawet żur w butelce mnie nie pocieszył. I jeszcze panie ekspedientki, Polki 50+, wypytywały co to jest ta rzeżucha, co się z nią robi i po co. Pfff...
Przecież ja muszę zrobić woskowe pisanki! Bez nich nie ruszą Święta! Z rozrzewnieniem oglądam zdjęcia zeszłorocznych i jeszcze wcześniejszych.




Zapach wosku roztopionego na pokrywce od słoika, to przecież zapach naszej Wielkanocy.
No nic, najwyżej spalę wosk i zrobię ciemne rysunki na jasnych jajkach. Jakoś dam radę.
Kupiłam nawet tutejszy barwnik spożywczy, na próbę, ale czuję, że jestem bez szans. Mam jeszcze resztki nadziei związane z sobotnim kiermaszem wielkanocnym, organizowanym przez Dom Polski. Wreszcie tam zawitamy. Jak nie spotkamy rzeżuchy i farbek, to może chociaż kogoś z kim będzie można, po polsku, ponarzekać na ich brak :)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

goście z Oregonu, czyli niedziela inna niż wszystkie




Niedziela idealna!
Przefajni ludzie, rozmowy przy winie, dużo śmiechu, oglądanie zdjęć, wspominanie Warszawy.
Moglibyśmy wcale nie kończyć tego spotkania:)
Wieczorem, kiedy byliśmy już sami, Marcin stwierdził : to był chyba nasz najfajniejszy dzień tutaj.
I ja się z nim zgadzam!
Ania, Jordan, dziękujemy za to popołudnie!
Ulek, dziękujemy za Anię i Jordana :))))


Mamo, czy ten pan od tańca na podłodze jeszcze do nas przyjedzie?






























:)

piątek, 1 kwietnia 2011

z wizytą u Cobaina

Długo się wybierałam, ale wczoraj mnie Maggie zmobilizowała:)
Żeby mieć więcej przyjemności z szukania, umyślnie nie obejrzałam żadnych zdjęć w necie. Co tam, znajdę przecież. Odstawiłam dziewczyny do przedszkola i uzbrojona w aparat oraz smsa od Marcina z adresem, wyruszyłam na polowanie. Już w połowie drogi zapomniałam gdzie i po co jadę. To miasto jest tak piękne, że dosłownie zatyka. Im bliżej celu, tym zatykało bardziej. Otworzyłam sobie okno i próbowałam robić zdjęcia w czasie jazdy, ale ciągle ktoś mi siedział na ogonie i nawet zwolnić nie mogłam. A pardon, udało mi się zrobić jedno.


Docieram na miejsce i już widzę, że będę miała problem, bo GPS daje jakieś niewyraźne wskazówki. Ale co tam, wysiądę i znajdę. Jakoś mi się wierzyć nie chce, żeby Kurt Cobain mieszkał w którymś z tych domów. Dom był sprzedany za 3 miliony $, to wiem. Takie sajdingi w tej cenie? Chyba jakiś nawiedzony fan z Japonii... Obchodzę w koło te domy i mam coraz większe wątpliwości. Przypomina mi się nagle zdjęcie ogrodzenia domu Cobaina, które gdzieś mi kiedyś mignęło. Dzwonię do Marcina. To na pewno dobry adres? A może to nie Lake Washington, tylko Lake Washington East? Bo takie pytania zadał mi wcześniej GPS. Marcin szpera. Tak! Lake Washington East! Uff, co za ulga, że on tu jednak nie mieszkał... Zobaczcie jakie miałby najbliższe sąsiedztwo! Z tej platformy na drzewie, mogliby paparazzi zdjęcia robić:)


Jadę na Lake Washington East. No tak, to już zupełnie inna bajka. Takiej bajki jeszcze tutaj nie oglądałam. Przepiękna okolica. Ulica wzdłuż jeziora. Od strony wody, wille nad samym brzegiem. Na skarpie, po drugiej stronie drogi, domy z widokiem na jezioro z góry. GPS mówi, że jestem. Parkuję kawałek dalej. Czuję rosnące emocje:) Adres to 171. Jest 179, potem jeden dom bez numeru i skwerek z dwiema ławkami. Następna posesja ma już dużo wyższy numer. Wracam na skwerek. Już przeczuwam o co chodzi, bo widzę z daleka, że te ławki są całe pomazane. Jasne. Jestem w Viretta Park, który powinien być tuż przy tym domu. Czyli to ten bez numeru. Ławki robią za miejsce kultu. Ciekawe ilu fanów na nich siedziało...


Zza drzew widzę fragment domu. Nie wygląda na dom gwiazdy grunge'u. Styl raczej podstarzałej gwiazdy rocka. Ale i tak mam ciary. Chociaż nadal nie mam pewności czy to ten dom. Wracam na ulicę, żeby zobaczyć, czy na pewno nie ma tabliczki przy bramie. Nie ma. Ale mam inny dowód. Plastikowe śmietniki przed posesją. Robiliście kiedyś zdjęcia kontenerom na śmieci? Musiałam wyglądać żałośnie klęcząc przed tym śmietnikiem. Ale ojtam:)

Od 1997 roku, dom już nie należy do Courtney Love i jej córki. Został sprzedany nieznanej osobie. Wyobrażacie sobie mieszkać w takim domu?  Ja nie! To najbardziej zakamuflowany dom w okolicy. Mur, skarpa, gęste zarośla, wysokie drzewa. W połączeniu ze swoją historią robi wrażenie nawiedzonego:) To jest ponad stuletni dom. Widać to.

Jeszcze parę zdjęć z najbliższej okolicy.




niedziela, 27 marca 2011

big girl



Pola skończyła wczoraj trzy lata.
Aż trzy lata, bo przecież dopiero co się urodziła.
Tylko trzy lata, bo przecież to niemożliwe, żeby kiedyś jej nie było.
Co roku, 26 marca, myślę o czym innym.
Wczoraj myślałam o tym śniegu, który sypał za oknem kiedy czekałam, aż zaskoczeni zimą lekarze dojadą do szpitala. Nie taki był plan. Przecież miała urodzić się na wiosnę. Słoneczną wiosnę! Dzień wcześniej, przed naszym stawieniem się w szpitalu, słońce grzało bardzo mocno. Szukając miejsca na ostatnią wyżerkę przed porodem i dietą, zdjęliśmy kurtki i spacerowaliśmy Chmielną ciesząc się pogodą.
A w nocy, nieoczekiwanie spadł śnieg. Leżałam na szpitalnym łóżku i co chwilę zerkałam, a to na kapiącą kroplówkę, a to na ten sypiący za oknem śnieg. I myślałam sobie, że ma dziewczyna poczucie humoru. Wszystko pięknie według planu, a potem na ostatniej prostej taki psikus.
I tak jej zostało.
Mały chochlik.
Przesłodki i przediabelny równocześnie.

A wczoraj w nocy, w Warszawie, też spadł nieoczekiwany śnieg:)

Nad tortem siedziałam do trzeciej w nocy.
Nie padła z wrażenia.
"o, świnka Peppa"
Fajnie, że przynajmniej zauważyła.